niedziela, 3 listopada 2013

Rozdział II - Życie jest tylko jedno.

Mój Boże , dusiłem się. Oddech stawał się coraz cięższy , nie mogłem samodzielnie oddychać. Miałem odczucie jakoby ktoś chciał mnie pozbawić płuc
-Robercie nie przestawaj oddychać, jestem tutaj , nie pozwolę ci stracić przytomności – powiedział James Wilson , po czym wciąż trzymał mnie w takiej samej pozycji , wokół mnie pojawił się ratownik medyczny i House, podali mi tlen przez maskę
-Oddychaj równomiernie, wdech i wydech.
Uczyniłem to zgodnie z instrukcjami Wilsona, House sprawdził czy maska odpowiednio funkcjonuje nie pozwolili mi zasnąć. Łzy zaczęły mi cieknąć po policzkach , mogła to być typowa reakcja na niewielki niedobór tlenu. Miałem całe oczy zaszklone , nie chciałem okazać słabości , zawsze byłem silny psychicznie, a teraz coś we mnie pękło, chciałem się stąd wydostać za wszelką cenę. Nawet nie wiedziałem jakim cudem się tutaj znalazłem, zwykłe stracenie przytomności zrobiło ze mnie chorego psychicznie człowieka, który chciał sobie odebrać życie, ale ja chciałem żyć.
Doktor Wilson , trzymał mnie za rękę , ratownik zmierzył ciśnienie.

- Jest osłabiony. - stwierdził, wydawał się się być zmartwiony, słyszałem to po jego glosie. Moje oczy nie pozwalały , abym mu się przyjrzał dokładniej.
- Ten stan jest niewygodny, musimy go przenieść do szpitala. Jutro do kliniki w Princetown. - powiedział Gregory. Przyjrzał mi się, po czym Wilson pokiwał głową i rzekł
- Będę musiał poinformować jego wujka o tym.
Kolejny szpital. Znowu. Dlaczego ja nie mogę leczyć ludzi? Tylko ja jestem leczony przez innych. Teraz byłem zdesperowany, jak jeszcze nigdy. Chciałem rozładować swoja zlość.
Przenieśli mnie na nosze. , wszyscy mnie obserwowali. Kaszlałem. Brałem kolejny oddech, ponownie znalazłem się w tym pokoju co wczoraj. Podłączyli mi kroplówkę. Co jeszcze musiałem znieść? Czego mam sie obawiać? Kolejnych dawek leków? Wilson spoglądnął na mnie i rzekł.
- Odpoczywaj , musisz nabrać sil, tam cię wyleczymy.
I zniknął. Zostałem sam. Częściowo się obudziłem, był środek nocy, ale przez okienko drzwi wpadło niewiele światła, mogłem dojrzeć wiele rzeczy. podniosłem się do pozycji siedzącej, plusem tego było, iż nie bylem przywiązany do łóżka jak ostatnim razem, spojrzałem na rękę, gdzie , była podłączona kroplówka. byłem zmuszony pozbyć się jej raz na zawsze, musiałem się stąd uwolnić. ale jak? nie było wyjścia, to pułapka . Ściany, żadnego okna. Kiedy pozbyłem się już kroplówki, poczułem ulgę.
Poczułem ulgę jakiej jeszcze nie doświadczyłem. Wstałem na równe nogi, wciąż się chwiejąc . Podtrzymywałem się ściany . Głowę miałem jak balon. Odczucie jakby zaraz pękła. Wziąłem głęboki oddech. Podszedłem do drzwi. Pchnąłem je z nadzieją, że mogą być otwarte. O ja głupi, niszczęsny . Błąd. Leki całkowicie mnie otępiały – przecież wszyscy chorzy są dobrzy zamknięci, oczywiście ci , którzy są o wiele bardziej chorzy. Czy ja mogłem stwarzać zagrożenie dla reszty, skoro mnie zamknęli ? W życiu nikogo nie skrzywdziłem. Lecz głos w głowie odezwał się . "Ale skrzywdziłeś siebie , chciałeś popełnić samobójstwo , nie pamiętasz".
W mojej głowie pojawiły się strzępy obrazów. Łazienka w akademiku. Całe ubranie we krwi . Leżę na podłodze , nóż leży w umywalce , kałuża krwi na kafelkach. Potem krzyk chłopaka i dziewczyny. Głosy krzyczące "On umiera, pomocy." .
Obraz znikł. Wspomnienia, które w mojej głowie się pojawiły jakimś cudem.
Jeszcze nie zwariowałem , to nie pora. Nie dam z siebie zrobić wariata. Nie byłem nim i nigdy nie będę, zacząłem uporczywie walić pięściami w drzwi i krzyczeć
-Niech mnie ktoś uwolni, wypuści stąd . - mogłem pobudzić resztę, musiał mnie ktoś usłyszeć.
Już miałem plan i nie miałem zamiaru zrezygnować. Nie tym razem. Jedyne wyjście, aby się stąd wydostać.
Po 15 minutach, ktoś się zbliżał . Prawie już straciłem szansę, iż ktokolwiek się zjawi , ale dopóki leki nie zeżrą mi moich zdrowych zmysłów , byłem świadomy tego co robię. To był pielęgniarz. Widocznie musiał on mieć dzisiaj dyżur. Doktor Wilson pojechał zapewne dawno do domu
-Robercie , już dobrze. Uspokój się  - ten otworzył drzwi.
Położył mi swoje ręce na moje ramiona.
-Nie powinieneś odłączać kroplówki , to wszystko dla twojego zdrowia – zauważył to .
Pokiwał przecząco głową
-Musisz się przespać, jutro będziesz w innym szpitalu. - stwierdził , wziął mnie pod ramię i kazał usiąść, drzwi były otwarte , moje serce zaczęło bić szybciej. Nie mogę tego stracić.
W tym wyciągnął strzykawkę, miała wielką igłę, w oczach miał błysk. O nie ! Tym razem nie mam zamiaru się temu poddać. Kiedy już próbował mi wbił igłę, szarpałem się z nim , wyrwałem mu strzykawkę z ręki i wtedy wbiłem ją mu w ramię przez ubrania. Pielegniarz osunął się na ziemię . Udało się . Nareszcie. Zasypiał. Udźwignąłem go na łóżko. Rozpierała mnie energia. Zdjąłem z niego fartuch lekarski i założyłem go . Chciało mi się skakać z radości . Miałem jego klucze. Spojrzałem na nie. Były tu też klucze od samochodu i szafki . Nie znałem planu szpitala, więc pomysł znalezienia szafki odpadł . Zamknąłem drzwi pokoju. Pomknąłem przez ciemny korytarz szukając wyjścia stąd. Spojrzałem na strzałki na ścianach – one zawsze wskazywały wyjście i prawidłowo. Mając wciąż szczęście nie natknąłem się na nikogo. Tej nocy mało kto miał dyżury.
Kiedy wyszedłem na zewnątrz, na twarzy poczułem chłód , dostałem dreszczy. Było zimno. A ja nie miałem nic na sobie oprócz fartucha lekarskiego i tej piżamy. Na parkingu nietrudno było znaleźć samochód pielegniarza , ponieważ było tam tylko dwa samochody. Ktoś musiał być jeszcze w szpitalu. Byłem zmuszony się pośpieszyć. Otworzyłem samochód , ani żadnego ubrania, ale był jeszcze bagażnik. Przecież ludzie często chowają tam swoje rzeczy. Postanowiłem otworzyć bagażnik i ku moim oczom , znalazłem stare jeansy , wśród różnych rupieci , koszulkę – już wytartą i bluzę. Uśmiechnąłem się do siebie i mruknąłem
-Nie może być lepiej.
Zamknąłem bagażnik i jak najszybciej wsiadłem do samochodu. Odpaliłem silnik. Już dawno nie jeździłem . Ale tego się nigdy nie zapomina. Wycofałem i ruszyłem w drogę. W Princetown , miałem niewielkie mieszkanie . Tam mieli mnie zabrać do szpitala, musiałem się dostać , zabrać wszelkie rzeczy , może będą tam jakieś pieniądze , mógłby się wtedy wydostać stąd i uciec daleko. Może nawet rozpocząć nowe życie? W Nowym Yorku? Miasto jest duże, nikt mnie nie zna. Trochę przyspieszyłem , po 20 minutach znalazłem się na ulicy Waszygtona. Fakt był jeden i dość idiotyczny – nie miałem kluczy , ale mieszkanie było na parterze – mogłem wejść przez okno i tak zrobiłem . Wyłamałem okno, niezwykły sposób. Ale przydatny. Wpadłem przez okno na podłogę , podniosłem się , upadek był dosyć bolesny . Pomasowałem sobie żebra . Nie chciałem nic złamać, ale widocznie miałem tendencje do tego. Westchnąłem. Na dworze było lampy, które oświetlały ulice, więc wpadało ono do mieszkania - z tego powodu było otwarte okno. Dostrzegłem światło , które zapaliłem. Od razu lepiej. Pokój wydawał się czysty, była to sypialnia. Zacząłem przeszukiwać szafki . Wszędzie książki medyczne. A jakby byłoby inaczej. Po pewnym czasie , dostrzegłem coś w ubraniach kartę kredytową. Chwała za to. Oby tam były pieniądze. Ale zawsze mogły być jakieś środki na koncie. Poszukałem czy jeszcze coś nie znajdę, niestety szanse były marne. W szafie znalazłem torbę, zapakowałem tam parę ubrań. Przebrałem się z tych co znalazłem w samochodzie w swoje. Na stoliku nocnym dostrzegłem zdjęcie , dziewczyna, Wyglądała dość znajomo, lecz nie mogłem sobie przypomnieć. Może była w akademiku? Odrzuciłem tą myśl. To już przeszłość, czas się stąd wydostać. Nie mam czasu. Kiedy otworzyłem drzwi od mieszkania. Usłyszałem kroki, światło się zaświeciło na korytarzu. Zeszła kobieta , miała może 50 lat – około
-Pan Robert? Co pan tutaj robi? Przecież powinien pan być w szpitalu psychiatrycznym? - uniosła brwi przerażona
-Wypuścili mnie , wczoraj – skłamałem – Ale dopiero teraz mogłem przyjechać. Przepraszam , śpieszę się . Jadę do przyjaciela. - rzuciłem na odchodne.
Ale sąsiadka wydawał się być o wiele bardziej wścibska niż się spodziewałem
-O tej porze? To niedobrze.
Nie słuchałem już tego , po prostu pomknąłem . Wsiadłem do samochodu . Posiedziałem może z 5 minut , w kieszeni znalazłem adres , była podana ulica i miasto. New Jersey. Muszę tam pojechać. Może jednak poczekam do rana, spróbuję się zdrzemnąć. To dla mnie było za dużo.

Z perspektywy House'a i Wilsona.
Wilson i House'a szli korytarzem szpitala psychiatrycznego , obawiali się o swojego pacjenta. Właściwie to był pacjent Wilsona. Cóż , czasami House powtarzał , że traktuję go jak syna. Pomimo – nim nie był. Śmiał się z tego. Ale obaj doskonale wiedzieli – chłopak nie był w dobrym stanie
-Myślisz , że on to przeżyje? Każda podróż może u niego pogorszyć stan . Widziałeś coś się z nim wczoraj działo. Dostał szoku.
House spojrzał na Jamesa i powiedział
-Nie masz się czego obawiać, w końcu ma dobrego opiekuna i terapeutę. O ile nie postanowisz nawalić tym razem.
Wilson zmierzył go wzrokiem godnym prawdziwego lekarza-
-Daruj sobie, to mój pacjent , obiecałem to sobie. I Robertowi . - odparł ze spokojem
Byli już bardzo blisko
-A jego wuj?
James Wilson zaniemówił . Ale po chwili oświadczył
-Jego wuj nie wart niczego. To on między innymi niszczył go od środka. Przez niego również Robert zaczął mieć problemy ze sobą i do tego ta cała sytuacja go pogrążyła, dlatego spróbował popełnić samobójstwo.
-Od kiedy bierzesz pacjentów pod swoje skrzydła ?
-Robię to ponieważ, przywiązałem się do niego. A on do mnie . Tak , myślę – wzruszył ramionami.
-Nie wyobrażam sobie ciebie jako ojca Wilson . Jednakże masz tendencje , może coś z tego będzie.-zaśmiał się Gregory
-Przymknij się , to nie śmieszne.
Wilson otworzył drzwi pokoju. Gdy razem z Housem weszli do pomieszczenia. Nie mogli uwierzyć własnym oczom, to co zobaczyli. Leżał tam pielegniarz w słabym stanie z z powodu leków
-Co się stało? - uniósł głos Wilson przerażonym głosem.
-Robert uciekł. Wyrwał mi strzykawkę , kiedy chciałem mu podać lek , wieczorem dostał ataku paniki. Był w furii , chciał się stąd wydostać. - wysapał pielegniarz , ostrożnie podnosząc się z łóżka
-Musimy go odnaleźć , zawiadomić policję , jego druga próba samobójcza nie może się powtórzyć. Szybko !   
Obudziłem się dosyć wcześnie , powoli ruch zaczynał być duży. Ludzie jechali do pracy. Musiałem sprawdzić jeszcze jedno miejsce akademik, mogłem zostawić cenne rzeczy. Pojechałem tam jak najszybciej . Zaparkowałem dość krzywo. Mniejsza z tym. Teraz mnie to nie interesowało.
Nałożyłem kaptur na głowę. Na recepcji musiałem podać imię i nazwisko mojego kolegi. Uwierzyli, mężczyzna był zmęczony, więc nawet się mi nie przyglądnął . W głowie miałem numer pokoju, w którym dzieliłem razem z moim kolegą Chrisem. To musiał być ten pokój.
Wszedłem, było otwarte. Zapomniał zamknąć drzwi, w pokoju leżała dziewczyna i on w jednym łóżku. Dziewczyna była znajoma . To była ona. Ze zdjęcia w moim mieszkaniu. Nie! Wspomnienie znów się pojawiło
-Nigdy cię nie opuszczę Robert, kocham cię . Obiecuję ci .
Strzępy obrazów . Wspólny spacer, nasza randka.
To znowu to . O mój Boże. Dlaczego?! A teraz ona z nim ? Łazienka, wszedłem do niej. To się stało tutaj. W tym miejscu popełniłem samobójstwo. Ponownie miałem ochotę to zrobić. Ślady wciąż niedomytej krwi pozostały. Znalazłem jeszcze niewielką kuchnię. Bałagan ogromny, talerze i szklanki leżały na stole niedbale. Ku moim oczom dostrzegłem nóż, ostry jak żyleta. Pochwyciłem go. Nie mam pojęcia co mnie opętało. Wybiegłem z akademika. Usłyszeli mnie widziałem to. Mknąłem jak burza. Zauważył to mężczyzna w recepcji
-Proszę  pana..- zdążył tylko to powiedzieć.
Byłem w furii, rozpaczony, osamotniony, dotarłem nad park. Nie było zbytnio ludzi. Wyjąłem nóż . Spojrzałem na niego. Łzy ciekły mi po policzku.
Musiałem to zrobić. Ciach , po rękach pociekła krew, ciach, po drugiej ręce. Ból . Trawa cała czerwona. Bluza krwawiła. Wszystko. Zupełnie jak ostatnim razem.
Skończę ze sobą. Nagle zobaczyłem doktora Wilsona, a za nim trzech policjantów. Nóż wypadł mi z rąk. Krztusiłem się 
-Robert . - szepnął widząc mnie w takim stanie.
Nie przestałem płakać, ale już nie mogłem
-j.. ja . P..przepraszam. - upadłem na trawę , która była pełna krwi.
Niebo się rozpływało. Umierałem . Wszystko się kończyło. Ratownicy otoczyli mnie . Wilson pochylił się nade mną , przytrzymał moją głowę. Widząc w jakim jestem stanie , był w szoku
-N..nie potrafię , już. Nie chcę żyć – wykrztusiłem, dusząc się.
Pogłaskał mnie po głowie
-Nic nie mów. Cii . - szepnął.
To tak bolało, bardzo. Wspomnienia, rany , które sobie zadałem. Wszystko. Brakowała tak mało. Już mnie by nie było. Będę cierpiał do końca moich dni.
Tlen – dzięki niemu mogłem oddychać. Ratownicy zatomowali krew. Nie minęło kilka cennych minut , a leżałem w karetce. Doktor Wilson był tam także. Trzymał mnie mocno za rękę
-Nie możesz teraz zasnąć. Słuchaj mnie , patrz . Jeżeli już zaśniesz, już się nie obudzisz Robercie . A ja nie chcę tego. - rzekł smutnym głosem.
Ale ja chcę – powiedziałem w myślach.


sobota, 2 listopada 2013

Rozdział 1 . - Wielkie zaskoczenie .

Będąc studentem medycyny , zawsze trzeba ułożyć sobie dobrze plan zajęć. Nie zawsze to mi się udawało, czasami nawet nie miałem czasu, aby zjeść śniadanie i zaraz musiałem biegnąć na uczelnie , pomimo , że już byłem na piątym roku, praktyki były dla mnie czymś wyjatkowym , pozwalały mi poznać o wiele bardziej pracę w szpitalu. Tego dnia już siedziałem na wykładzie, w trzecim rzędzie , słuchałem i wszytsko zapisywałem, Nie miałem zamiaru niczego przegapić. Lecz ostatnio czułem się coraz słabiej . Moje zmęczenie było to coraz gorsze. Profesor Richard White ciągnął swój wykład , a ja z każdą chwilą zapadałem w sen. Co było niemożliwością. Nigdy nie zasnąłem na jego wykładzie. Nigdy. A teraz to mi się przydarzyło po raz pierwszy. Nagle mój kolega Chris spojrzał na mnie :
-Kolego co z tobą? - spojrzał na mnie ze zmartwieniem .
Ja próbowałem coś z siebie powiedzieć , tylko się zająknąłem .
-N..nie wiem. Chyba źle się czuję.
I w tej chwili poczułem jak moja głowa lądują na studenckim stoliku. Echo, Tylko udało mi się usłyszeć głosy wykładowcy i mojego kolegi :
-Wezwijcie karetkę , jest z nim źle. Szybko – krzyki , ale już nic nie słyszałem . Po prostu moja świadomość rozpłynęła się , tak głęboko. Zbyt głęboko, żebym mógł powiedzieć, gdzie teraz się znajduję.
Otworzyłem oczy , dość szeroko. Było to wielki szpitalny pokój. Ale nigdzie nie było okien. Co się dzieję? Nade mną stało dwoje lekarze , jeden ze strzykawką, a ja byłem przypięty pasami do łóżka. Zaraz?! Jak to było możliwe? Czyżbym znalazł się w szpitalu psychiatrycznym. Przecież to było nie do wyobrażenia. Byłem całkiem zdrowy na umyśle. To obłęd. Próbowałem w jakiś sposób się uwolnić. Wierciłem się na łóżku.-Robercie , spokojnie . To tylko ukłucie. Nie zrobię ci krzywdy . - odparł spokojnie jeden lekarz .
Ale je mu nie uwierzyłem. Nie chciałem. Nie byłem żadnym szaleńcem. Byłem studentem medycyny.
Lecz to musiał być jakiś sen, z którego nie mogę się obudzić. Rozpaczonym wzrokiem spoglądnąłem na lekarza, rozpoznałem w nim człowieka, który kiedyś spotkałem na wykładzie dla studentów medycyny. To był doktor James Wilson – onkolog . Absurdalnie niemożliwe.
Czy ja nadal śnie?
Jeden pielegniarz lekko mnie przytrzymał , ale się wyrwałem , mimo , że byłem przypięty . Moja siła była imponująca.
-House , spróbuj go przytrzymać, wtedy będę mógł mu zaaplikować lek.
House? Co on u licha tutaj robił? Pamiętam go . Miałem mieć praktyki w jego szpitalu. Pamiętam jak jeszcze rozmawiałem o tym z profesorem Richardem .
Wtedy ktoś podwinął mi rękaw , i poczułem lekkie ukłucie. Całe moję ciało zrobiło się giętkie , jakoby było z gumy. Ten lek , cokolwiek w nim było usypiał mnie od wewnątrz . Nie chciałem zasnąć. To mnie jednak przymusiło.
-Dobranoc Robercie – głos rozpłynął się w mojej głowie.
Nie zdążyłem nic odpowiedzieć. Usnąłem . Kiedy się obudziłem . Nadal miałem wrażenie jakby ktoś mi wyprał mózg. Czułem jak kręci mi się w głowie. Pielegniarz przyszedł .
-Dzień dobry Robercie, czas na małą kąpiel i zajęcia . - powiedział, po czym odpiął pasy , i pomógł mi się podnieść. Wziął mnie pod ramię. W życiu nie czułem się tak słabo, idąc , moje kroki były coraz cięższe. Korytarz był bardzo długi . Ogromny, nie mogłem sobie tego wyobrazić, jak się tu znalazłem. Pomógł mnie umyć.
-Dzisiaj jest ładny słoneczny dzień. Myślę, że doktor Wilson pozwoli ci wyjść na zewnątrz . - uśmiechnął się , po czym zaprowadził mnie do wielkiej sali , gdzie znajdowali się inni. Otępiałym wzrokiem , spojrzałem na resztę, Wydawali się o wiele gorszym stanie niż moja osoba. Niestety był jakiś powód dlaczego musiałem tu być , i nie miałem pojęcia jaki. Pomógł mi usiąść , moje miejsce było przy oknie, okno miało kraty. A czego miałem się spodziewać? To był szpital psychiatryczny, a nie moja uczelnia, do której zapragnąłem wrócić.
-Twój terapeuta , doktor Wilson niedługo przyjdzie , nie martw się .
I odszedł. Przestraszonym wzrokiem spojrzałem na wszystkich i to co mnie otacza. To nie miało być tak. To ja miałem być lekarzem, nie pacjentem. A wyszło inaczej, tego się nie spodziewałem. Nie znałem nawet okoliczności . Jak bardzo chciałbym się obudzić w sali wykładowej.
Koszmar, który nie miał końca. A moje życie było takie piękne.
Z oddali usłyszałem głosy , nie chyba nie zwariowałem jeszcze. A jednak dało się słyszeć rozmowę House'a i Wilsona.
-Co z nim? Robiłeś badania ? - spytał House.
Zaniemówił , ale po chwili udzielił odpowiedzi.
-W pewnym sensie nie jest z nim dobrze, potrzebuje opieki i dobrej terapii . Jestem rad , że jego samobójstwo nie powiodło się . Ma wszędzie rany po okaleczeniach na rękach. Z miesiąca na miesiąc ślady znikną, ale nie prędko. Niepokoi mnie to – westchnął Doktor Wilson.
Znów spoglądałem w okno , nie chcę , aby zauważyli czy jestem zdrowy psychicznie . Uslyszawszy rozmowę o ranach , próbowałem podwinąć rękawy i ujrzałem bandaże. Cholera! Czy ja się ciąłem ? Jakim cudem? Bandaże – dość głębokie , próbowałem je rozwinąć. I wtedy ujrzałem rany, tak głębokie , goiły się bardzo powoli. Kiedy dotknąłem jednej z ran, zaczęła krwawić . Musiałby być jeszcze bardzo otwarte, skoro pociekła . Krew skapała na podłogę. Poczułem się bardzo słabo. Nigdy w taki sposób nie reagowałem . Aż w końcu cała ręka już krwawiła. Kapało jak ze zlewu, którego nie można zakręcić. Próbowałem zatamować bandażem krwawienie, ale bandaż również przemoknął od krwi . Nic nie miałem. Nagle , upadłem na kolana . Znów było mi słabo. Zacząłem nienawidzić tego . Dlaczego teraz? Nie mogę tego znieść.
W ten podbiegł doktor Wilson .-
Robert , oddychaj głęboko , powiedział podtrzymując mnie w pozycji pół leżącej – Wdech i wydech, spokojnie.
Z chwilą krztusiłem się . Zapewne z tego co mnie spotkało. Tego było za dużo, zbyt dużo...